rozcierki.pl

,

  • o blogu
  • rozcierki z życia
  • Na plecach zaczęły się szklić pierwsze kropelki potu. Nadchodzą skwary, ale to można poznać i bez lunety skierowanej na reakcje ciała. To czuć w powietrzu, widać w kalendarzu, słychać w pierwszych narzekaniach przechodniów. Niewdzięcznych tak samo w lato, jak i w zimę. Tylko gołębie i małe dzieci wydają się cieszyć tym stanem rzeczy. Te pierwsze przechadzają się jak zwykle głupkowato, ale z lekkością należną stworzeniom, które wydają się być szczęśliwe. Jednocześnie tak głupie, żeby to rozbrajające szczęście pozyskać, ale i zbyt, żeby je pojąć. Więc dreptają po tych, co by nie mówić, parszywych traktach, na których ludzie robili Bóg jeden raczy wiedzieć co. Drepczą, człapią, wyciągają swoje, niestety w standardach miejskich, najczęściej z lekka pokiereszowane nóżki. Nagle przystają. Schylają się jak gdyby cały czas zaalarmowane. Nagle prostują swoje ptasie głowy i znowu powtarzają cykl dreptania. Wtem przy tej czynności pojawia się jakiś błysk. Oczy gołębia mają niesamowicie ciekawą zdolność transformacji. Zmiana dzieje się w mgnieniu oka. Kiedy podnosi łepek jest w stanie posłać jedno z najbardziej racjonalnych spojrzeń jakie może odebrać człowiek. Jakby przez ten ułamek sekundy zdawał sobie sprawę z ciężaru świadomego jestestwa, więc z pełną premedytacją wraca do prozaicznego tuptania. W tej krótkiej chwili można też zauważyć powagę rysów gołębia. Pomijając groteskowy ptasi front, gołębi profil ma wręcz rzymski obrys. Tup. Komicznego kształtu z widoku na wprost nie można już pominąć. Tup. Zauważa się po prostu śmieszną i nieproporcjonalną sylwetkę. Tup. Czy nie jest za bardzo obły, żeby w ogóle polecieć? Kolejne tup jest nie do zniesienia. Całkiem wybija z rytmu. W końcu trzeba popatrzeć tam, gdzie się jest, a jest się w księgarni. Gołębie były tylko przerywnikiem. Zbytnią swawolą umysłu, który skierował całą swoją uwagę na durnostki, zamiast na główny cel wizyty- wybranie książek. W końcu po to są wizyty w sklepach, choć spojrzenie zza kojących witryn wydaje się być komfortowym zerwaniem z konwencją. Może to tylko przywilej klimatyzowanych wnętrz, przyjemnie schłodzony mózg ma szansę skierować swoją uwagę na coś innego niż narzekanie na skwar. Szczęśliwi ci z szeroką przestrzenią myślową.

    Znajdują się pośród książek. Mogą omiotać je wzrokiem. Wszystkie te regały, działy, piętrzące się na ziemi stosiki. Ilość tytułów jest przytłaczająca, ale nie obezwładniająca. Aura pomieszczenia zachęca do przechadzki. Może to też swoistego rodzaju wybieg? Tyle, że dla ptaków innego rodzaju albo tych samych, nudno i prozaicznie miejskich, ale za to to właśnie tutaj mają moment swojego przebudzenia. Po przekroczeniu progu z piór wyrastają palce, a potem już całe dłonie. Dłonie spragnione. Przygotowane do tej chwili, do zanurzenia się w stronicach jak w papierowych łanach. Będą wynurzały swój obiekt zainteresowania z bezkształtnej masy grzbietów. Może po raz kolejny będzie to jedynie tup, tup, tup, a może tym razem chód uwznioślony obecnością regałów będzie bardziej godnym chodem niźli człapliwym krokiem. Jakie ptaki przychodzą konkretnie tutaj? Czy jest szansa na zagubionego gołębia? A może nie będzie wcale zagubiony? Wyprostuje się, nabierze prawidłowej postawy i jaką trasę obierze w tej formie?

    Od wejścia. Po prawej kasa niczym zaproszenie, ale kompletnie nieciekawa w pierwszej chwili. Kawałek za nią Krupówki tego miejsca. Prosta, długa aleja, wypełniona najbardziej reprezentatywnymi kąskami. Skarby dla prawdziwych koneserów, ale też dla niedzielnych czytelników czy tych zapatrzonych jedynie w tytuły przeznaczone dla wielu. Tutaj wszystko zaprezentowane jest od frontu. Ma przyciągać uwagę, niemal buńczucznie odbijać spojrzenie przeglądającego. Głównie to liczy się w tej sekcji, choć może wprawne oko, dla którego ważny jest ten fakt znalazło by jakiś wzór. Mały, tematyczny porządek. Ta aleja to faktycznie aleja z prawdziwego zdarzenia. Przechadzający się odczuje atmosferę nienachalną, ale podkreślającą styl i przeznaczenie miejsca. Powyższy opis „długa” faktycznie jest formą przesady w nazewnictwie, choć nie w odbiorze. Te zapewne niecałe kilkanaście metrów ma moc wydłużenia się do długości hal, parkowych ścieżek, małomiejskich stadionów. Ale kiedyś musi się skończyć, bo i nie jest to najciekawsza sekcja, więc nie ma aż takiego łaknienia zatrzymania przechadzki i pławienia się w niej w nieskończoność. Następuje koniec. I to wręcz magiczne, ludowo ukonstytuowane rozwidlenie. Gdzie pójść? W prawo czy w lewo. To, co po prawej jest zdecydowanie komfortowe. Zamyka wręcz w swoim bezpieczeństwie. Oto dział dziecięcy. Grzeje przyjemnie i zaprasza swoimi żarzącymi się kolorem tytułami. Co my tu mamy? „Myjemy się”, „Płaczemy”. Nie wiadomo zbytnio czy te tytuły to proroctwo czy najzwyklejsze w świecie déjà vu, ale za to niezależnie od opcji wiadomo, że spełnione. 

    Dalej wszelakie baśnie, bajki, opowiadania, historyjki. Po dokładnym przyjrzeniu się można zauważyć, że okładki pulsują delikatnie. Czekają aż ktoś, mały czy duży zagłębi się w skrywane przez nie opowieści. Uroczysty pochód czy przedszkolny wężyk śladami dziecięcej fantazji musi jednak kiedyś dobiec końca, i dobiega. Rozbija się, a może wcale nie, na monumentalnym regale. Jednym, ale za to jakim. Tutaj króluje ta Sz. Ta Sz pisana przez duże SZ. Jednak można się nieco zawieść, bo choć treść przystaje do oczekiwań, jak gdyby pęczniała od walorów, a znajdujące się zaraz obok ilustracje jedynie dopełniają obrazu to… Ehh. Właściwie nie wiadomo co. Okładki jakieś przedziwnie zwyczajne, tytuły niezaskakujące. Odrażająco konkretne. Mehoffer. Ot. Tyle jesteście w stanie dać z tej świetlistej, secesyjnej fantazji? Nieważne. Trzeba przejść dalej. Chybcikiem obok kasy. To jeszcze nie to miejsce.

    Przed oczami rozpościera się swoisty miszmasz. Każde zagadnienie przygarnęło sobie swój, niemal intymny kącik. Najpierw młodzieżówka. Spoiwo światów. Jakaś krucha równowaga pomiędzy tym co już było, a tym co nadchodzi- dział historyczny, ale bez spojlerów i kontrowersji, bo miejsce na to jeszcze się znajdzie. Dział młodzieżowy wydaje się być najbardziej rozdarty spośród pozostałych. To właśnie tutaj w nieustannej walce stykają się przesadzone romanse i dystopijne wizje świata dające jakąś dziwną moc sprawdzą. I tak, jest to pewnego rodzaju uproszczenie, bo to prawie na pewno najbogatszy w tematykę dział. Guilty pleasure dla czytelników albo i nie. Praktyczna kuźnia opowieści, ale trzeba przyznać, dość niepowalająca objętościową. Choć siła wystawowa tej sekcji tkwi w niecodziennym ułożeniu. Grzbiety są jak gdyby zwrócone we wszystkie strony i kąty świata. Niektóre prezentują się dumnie frontem, piętrzą na stosikach, stoją w szeregu. Same regały wydają się być zwrócone ku sobie  konfrontacyjnie. Może to ta słynna walka o czytelnika. Ale już dość tego miejsca, bo z ostatnim spostrzeżeniem meble zaczęły jawić się jako drapieżne. A to już niemal koniec tej wnętrzarskiej podróży. Ostatni bastion stoi dumnie i czeka. To tutaj  najczęściej szuka się tytułów; zdrowie, uroda, medycyna, biografie, powieści, znani mniej i bardziej, historia, więcej historii, kryminały, biznes, psychologia, manipulacja i wszystko to, czego nie da się tak łatwo sklasyfikować. Napawa nadzieją, przeraża, koi, rozśmiesza, mrozi krew w żyłach, uczy, uświadamia, nie daje nic, otwiera oczy, nudzi. Można by wymieniać, chociaż z przeczuciem, że coś ważnego się pomija, ale co dokładnie? Intuicja podpowiada, że jakiś mikro wszechświat, a z takimi często jest tak, że są szczególnie bliskie czyjemuś sercu. Jego własne, prywatne, do dzielenia albo trzymania w swoich najbardziej wewnętrznych powłokach. Co powiedziałby na to gołąb w momencie swojej świadomości? Błyskawiczny zerk za okno, na szczęście nie jest do niego daleko. I… Nie ma gołębi. Akurat na złość. Akurat teraz. Nie wiadomo czy wszystkie uciekły przed upałem, zostały przegonione czy najzwyczajniej potuptały przed siebie, z wyrazami najszczerszej dobrej woli, w stronę słońca. Gdzie te wszystkie ptaki w chwili oświecenia kiedy są potrzebne? 

    Właśnie dwa nadeszły. Tyle że nie wiadomo jeszcze jakie. Nie, żeby w księgarni nie było nikogo, wręcz przeciwnie. Nieustannie ktoś wchodzi i wychodzi. Niesie naręcza książek albo wychodzi z pustymi rękami. Przemyka nieostrożnie między regałami albo z pełną czcią i nabożnością, wpatruje się w niej jak gdyby sam szukał mistycznego oświecenia. Ale Ci dwaj są jacyś inni. Od razu czuć, że niosą odpowiedzi. Z wyglądu dość pospolite ptaki. Od razu można nadać im imiona- Tomek, tak, to na pewno on, i Błażej? Bartek? Bez stuprocentowej pewności, ale to musi być imię na B. Co do tego jest pewność, a imię pokroju Bernarda czy Brunona od razu odbija się na twarzy. Bruno nie może być przecież blondynem, a tutejszy B to ciemny blondyn o łagodnym albo i przygaszonym spojrzeniu i aparycji przywodzącej na myśl stereotypowego studenta kierunków około informatycznych, nieco krępego w formie. Najciekawsze są w nim jego dłonie, małomiasteczkowe, nieco zbyt ogorzałe jak na studencki wiek. Nie jest przesadą stwierdzenie, że pochodzenie wciąż pomimo postępu stuletni można bez większych trudności wskazać na podstawie dłoni, choć pewnie każda z biografii czy książek historycznych milczałaby na tak prozaiczny temat. Kto odważyłby się napisać, że w kreacjach Cybulskiego nadal można było dostrzec jego bardzo niemiejskie dłonie jeśliby się tylko skupić na tym fakcie? A zbiorowa biografia kilku wybitnych gwiazd kina leży gdzieś tam na półce i zarzekam się, że na żadnej stronie nie widnieje podobna informacja. Dłonie B. właśnie takie były, ale dłonie Tomka z tejże pary były prawdziwymi dłońmi informatyki. Dość smukłe, ale nie przesadnie, nie nadawały się do gęsiego pióra, ale za to miały rozstaw w sam raz na pisanie po klawiaturze, a to już coś. Było w nich coś anatomicznie ptasiego. W całej jego sylwetce można było odnaleźć coś z rodzimej fauny. Jego kończyny miały bocianie proporcje. Długie, cieniutkie, ale zadziwiająco stabilne. Tylko dzioba nigdzie nie widać… Ale wtem, odezwał się. 

    ーWiesz, polonistka powiedziała mi jeszcze w gimnazjum, że dobrze piszęー wyjawił jakże dumnie klekocząc.ーA ja po powrocie powiedziałem to mamie. Nawet nie wiesz jaka była wtedy uradowana. Jak gdyby te wszystkie przewalające się w już i tak zatłoczonym  mieszkaniu komiksy miały wieszczyć mój sukces. 

    Krótkie spojrzenie na B. W tej chwili wydaje się być podobny do wróbla. Kiwa z aprobatą krągłą głową. Czeka na dalsze ziarno. Już w tej chwili opowieść ciekawi, bo czym należy karmić swoje ptaki?

    ーNo teraz to studiuje, to wiesz, ale kiedyś, gdy mama była najbardziej dumna to pisałemー wróbel spija ptasie mleczko z jego językaー Zawsze kręciło mnie fantasy, to też wiesz. Kurcze, jakoś najbardziej lubiłem elfy.

    To było dokładnie to słowo. Fantasy, fantasy, fantasy. To tego, kluczowego elementu tu brakowało i po uświadomieniu sobie tego już każdy element wydaje się być inny. Już nie można pominąć rozproszonych tytułów. Trochę w dziale młodzieżowym, trochę w Wielkiej Alei, ciut w dziale promocji, można to też podciągnąć pod dziecięcą krainę, ale chwila. Gdzie jest osobny regał? Gdzie jest należne ukonstytuowane miejsce? Fantasy. Gdzie tu mają bocianie gniazda? Powinno jak najdłużej rozbrzmiewać  pośród tej drewniano-papierowej przestrzeni. W powietrzu zaczynają unosić się pióra, koce puchu, które osiadają na każdej, płaskiej powierzchni. Teraz to już najprawdziwsza ptaszarnia. Z miejscem dla każdego ptaka. Dla bociana i jego wróbla na pewno też. Choć ten pierwszy zaczyna snuć swoją dalszą opowieść. Można przysiąść, że albo klekocze albo z jego strony wydobywają się dźwięki naciskanych klawiszy. 

    ーCałkiem dużo tych elfich światów napisałem. Zanosiłem to mojej polonistce, a ona przynosiła wręcz dyplomy, żeby podnieść mnie na duchu. Myślę, że byłem wyjątkowy. Chodziłem do tego gimnazjum. Siadałem, chowałem pod ławką komiksy albo Sapkowskiego, kiedy ci inni byli gimnazjalistami. Woleli dziewczyny albo rysowanie po ławkach. I jasne, kutasy mnie bawiły, ale wolałem elfki. I co, teraz mam już dziewczynę, a ona tak jak moja mama lubi moje historie. Co prawda, któregoś dnia wyznała, że nie czytała nic innego oprócz tego, co jej dawałem, ale to nie szkodzi, bo mam wrażenie, że elfy nie są zbyt dobre reprezentowaneーwydobyły się dźwięki klekotania, którym towarzyszyły inne, prostowanych nóg i nabłyszczanych piór, a gdzieś w dalekich odmętach zamajaczyła rusałka, bo czy partnerką bociana może być elfka?

    Wróbel B. przybrał gołębi wyraz twarzy. Coś zmieniło się w jego oczach, ale nie, nie oświeceniowego, wręcz przeciwnie. Zaczął napełniać swoje wola, a ekscytacja wydawała się go opuszczać. W pewnej chwili wyglądał już zupełnie jak ptactwo hodowlane, potem ptactwo łowne, po czym… Gołąb, wyprostowany gołąb, tak wyprostowany, że aż przewyższył bociana. Znowu ten przebłysk transformacji. Błysk w pomarańczowym oku, a potem wręcz widzenie jak gdyby prorocze, które przyszły wraz z pytaniem.

    ーCo było potem?

    ーAno. Pisałem, pokazywałem dziewczynie albo mamie, wysyłałem w różne miejsca. Do wydawnictw nawet! Ale oni chyba nie lubią akurat elfów. Nie doceniali. Wiesz. Jakoś 5 lat próbowałem. W trakcie i dziewczyna, i studia. Jak coś odpisywali to mówili, że są co najwyżej przeciętne. Trochę za bardzo powtarzalne i tylko o tym. W jednym wydawnictwie powiedzieli nawet, że nie są kreatywne. Wyobrażasz to sobie? A to kilka lat warsztatu i co najmniej 3 osoby, którym się podobałoー zaczęło robić się coraz intensywniej, jak gdyby zmierzało do jakiegoś wysoko osadzonego punktu kulminacyjnego.ーChyba znowu zacznę pisać. Jakoś teraz mi się przypomniało. Wiesz

    Na twarzy B. swoista ptasia orgia. Znowuż wróbel, gołąb, kogut, indyk, kuropatwa, udomowiona kaczka, dzika kaczka, bażant. Przepis na najlepszy rosół. Nadyma swoje wole maksymalnie, maksymalnie… Też jak gdyby do jakiegoś punktu kulminacyjnego. 

    Po czym wole pozbywa się powietrza. Opada i flaczeje, a gdy nie zostaje już z niego nic. Ukazuje się potulny wróbel. Wpatrzony czarnymi koralikami w bociana i zaczyna ćwierkać.

    ーPisz.

    I znów oboje ukazują się w swojej ludzkiej postaci. Twoje chłopaków lekko przed 30, lekko po 20. To nie ma aż takiego znaczenia. Omiatają wzrokiem tytuły. Może szukają ukochanego fantasy albo prawdziwej dziewczyny-elfa, bo doświadczenie pokazuje, że nigdy nie wiadomo jakie stworzenie wstąpi w te progi. Przechodzą paradnie Wielką Aleją i znowu błysk. Można przysiąść, że Tomek podnosi czerwone nogi. Brodzi w swoim naturalnym środowisku. Tupią do wyjścia. Tup tup tup. Czując się ze sobą tak dobrze jak nigdy. Błysk otwieranych drzwi, do środka obok porażającego świata dostaje się jeszcze fala gorąca. Tym razem błysk, ale zwyczajny, jasnych czerwcowych promieni i po nim nic nie widać. Słychać trochę klekotania, odgłosów klawiatury, ćwierkania i początek sezonu godowego gołębi. Muszą się do niego przygotować, więc wyjadają wszystkie okruszki, stroszą piórka, nadymają klatki piersiowe i zaczynają tuptać jeden w stronę drugiego, a czasem nawet zajdą do księgarni.

    W księgarni

    –––––––

    lip 11

Designed with WordPress